11 lat Muzeum Klocków w Karpaczu — historia, której nie zaplanowaliśmy
6 stycznia 2015 — dzień, w którym wszystko się zaczęło
Tego ranka otworzyliśmy w Karpaczu drzwi do miejsca, którego w Polsce wcześniej nie było — pierwszego stałego muzeum poświęconego makietom zbudowanym z klocków. Mieliśmy ułamek tego, co dziś. Mieliśmy za to coś, co towarzyszy nam do tej pory: pomysł, że klocki nie muszą stać za szybą. Że mają się ruszać, świecić, hałasować — i to my, goście, mamy je uruchamiać.
Po jedenastu latach możemy powiedzieć jedno: nic z tego, co tu jest, nie wydarzyło się przypadkiem. Każda makieta, każdy przycisk, każdy joystick — to decyzja, którą podjęliśmy razem z Magdą, czasem po długich naradach, czasem z dziecięcym „spróbujmy".
Skąd w ogóle wziął się pomysł na muzeum z klocków?
Klocki były w moim dzieciństwie prawie od zawsze. Moim rodzicom — mimo że pieniędzy w domu zawsze brakowało — udawało się od czasu do czasu kupić jakiś nowy, wspaniały zestaw. To dzięki nim poznałem ten cały świat: figurki, instrukcje, a przede wszystkim katalogi.
Te katalogi przeglądałem w nieskończoność. Nie chodziło nawet o pojedyncze zestawy — chodziło o scenki i makiety, które prezentowały klocki w akcji: miasta, zamki, statki, kosmiczne stacje. To one mnie wciągnęły. To z nich kilkadziesiąt lat później wziął się pomysł, żeby zbudować w Karpaczu miejsce, w którym takie sceny ożywają naprawdę.
Pierwsza makieta, w którą nikt nie wierzył
Z otwarcia w styczniu 2015 najlepiej pamiętam bitwę piracką. Zaprojektowałem do niej szalony mechanizm mimośrodowy — taki, który miał kołysać statkami i poruszać scenografią w sposób, który wszystkim wokół wydawał się trochę… karkołomny. Cały zespół powtarzał, że to nie zadziała. Że się rozsypie po tygodniu. Że trzeba prościej.
Zadziałał. I działał jedenaście lat. Niedawno rozebraliśmy tę makietę — z ogromnym sentymentem, bo była z nami od pierwszego dnia. W jej miejscu stoi już nowa wersja, z mechanizmem, który nasz zespół zbudował w naszej pracowni modelarskiej, w technologii druku 3D. Inny etap, inne narzędzia. Ten sam pomysł, co w 2015: zaskoczyć gościa czymś, co widzi raz w życiu.
Trudne lata i to, co dawało nam paliwo
Nie ukrywam: początki bywały trudne. Cała nasza droga przez te jedenaście lat to czasem trochę średniowieczna walka — ze smokami, trollami, czarnymi rycerzami i mnóstwem rzeczy, których wcześniej nie umieliśmy. Ale za każdym razem, gdy traciliśmy parę, działo się to samo: ktoś wychodził od nas z uśmiechem. Zostawiał wpis w księdze gości, opinię w Google, mówił „dziękujemy" przy kasie.
To było — i jest — nasze paliwo. Bez tych ludzi nie byłoby ani drugiego, ani dziesiątego, ani jedenastego roku.
Ulubione makiety. Każde z nas ma inną
Po jedenastu latach rzecz wydawałoby się prosta: który zakątek muzeum lubię najbardziej? A tu okazuje się, że każde z nas trojga wybiera coś innego.
Mój wybór: strefa lat 80. i 90.
Nie jest to nasza najbardziej rozbudowana scena. Można powiedzieć, że jest absolutnie prosta. Ale za każdym razem, kiedy tamtędy przechodzę, sentyment zatrzymuje mnie tam na chwilę. Te kolory, te zestawy, te klimaty z czasów, kiedy sam pierwszy raz układałem swoje miasta — to jest moje miejsce w naszym muzeum.
Magda: Mars
Magda zawsze zwraca uwagę gości na Marsa. To wycinek kuli wykonany w technice modelarskiej, podwieszony pod sufitem, z łazikiem marsjańskim z serii Technic. Mało kto na pierwszy rzut oka go dostrzega, mimo że to naprawdę duży obiekt — i właśnie to ją w nim ujmuje. Nagroda dla tych, którzy patrzą uważnie.
Maja, nasza córka: impreza z LEGO City
Nasza Maja swoją ulubioną makietę wybrała sama, dawno temu. To scena imprezy zbudowana z LEGO City — jedna z naszych pierwszych makiet, z czasów, kiedy ona była jeszcze maluchem. Dziś jest dużo starsza, a ta makieta dalej tam stoi. Coś w tym jest.
Co się zmieniło przez 11 lat?
Najwięcej zmieniło się… za kulisami. Postawiliśmy maksymalnie na rozwój. Zbudowaliśmy własną pracownię modelarską, w której nieustannie powstaje coś nowego. To dzięki niej możemy nie tylko ulepszać istniejące makiety, ale też wymyślać konstrukcje, których nie da się kupić w żadnym sklepie.
Stale coś usprawniamy, wymieniamy, dodajemy. Robimy to z prostego powodu: chcemy, żeby kolejna wizyta naszego gościa — nawet tego, który był u nas trzy lata temu — była dla niego małym zaskoczeniem. Żeby coś go rozśmieszyło, coś zatrzymało, coś nowego ożywiło się w jego dłoniach.
A my? Nadal jesteśmy weseli
Po jedenastu latach nadal jesteśmy weseli i ciągle chcemy budować coraz bardziej szalone projekty. Bywa, że jakaś makieta wymaga dwóch tygodni programowania, zanim zacznie reagować na guzik. Bywa, że trzeba coś rozebrać i zbudować od nowa. To jest zabawa, którą zaczęliśmy w 2015 — i nie zamierzamy z niej wyrastać.
Jeśli jeszcze u nas nie byliście, zajrzyjcie kiedyś. Sprawdźcie cennik albo zobaczcie zdjęcia tego, co teraz mamy. A jeśli już byliście — wróćcie. Pewnie zdążyliśmy zbudować coś, czego ostatnio jeszcze nie było.
— Bartek i Magda